niedziela, 2 marca 2008

Radosne postrzyżyny


Za trzy tygodnie Wielkanoc, a Małej włosy z grzywki wpadały do oczu. Już nie wpadają.
Jak przystało na IV Niedzielę Wielkiego Postu (Niedzielę Laetare) mieliśmy sporo radości w domu. Pierwsze postrzyżyny, bo ojciec dostrzegł, że Małej ździebełko z głowy do oka sięga. Wziął tedy ociec nożyce i jak szablą uciął grzywkę, kosmyk dla potomnych zachowawszy.

I można było latać dalej.

środa, 23 stycznia 2008

Album na skarpety

Pisałem, że czas ucieka, a bobas rośnie. Żona zaradziła i nabyliśmy album dziecinny. Wczoraj wieczorem wybieraliśmy, co wpiszemy i co wkleimy. Trochę tych pamiątek jest: rachunek z restauracji, gdzie jedliśmy kolację przed porodem, karteczka, na której skrzętnie notowałem czas skurczów, opaski szpitalne z rączki Małej, wycinek z gazety...
- O, kurczę! Dziurę mam w skarpecie! A ja w tych skarpetach rodziłam! - zabrzmiało dziś wieczorem dramatyczne wyznanie Żony.
- Chcesz je wkleić do albumu?

Wydaje się, że poród przeżywaliśmy z rok temu, a to nawet nie trzy miesiące. Już zapomniałem, że oprócz koszuli szpitalnej miała Żona skarpety w paski. To nie są już zwykłe skarpety. To skarpety porodowe. Przeszły z nami drogę do nowego życia i się przetarły.

Każdy by się przetarł. Ale było warto.

środa, 16 stycznia 2008

Przyjemne z pożytecznym

Wczoraj postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym. Zaproponowałem Żonie, żeby poszła sobie odpocząć na zakupy, a ja na ten czas obejmę pieczę rodzicielską - to część pożyteczna. Połączoną przyjemnością miała być poobiednia drzemka, która należała mi się jak jaja w pegeerze.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Wyprawiłem Żonę z portfelem pełnym niespodzianek, upewniłem się, że Weronika leży bezpiecznie na miejscu i sam przystąpiłem do drzemki. Już po chwili obudziło mnie znane kwilenie. Przeniosłem więc Małą na miejsce drzemki, żeby mieć na nią oko. Po dziesiątym wykonaniu sekwencji czynności: wyjęcie łapek z paszczy, włożenie smoczka, głaskanie główki, szukanie wyplutego smoczka, wyjęcie łapek z paszczy... ogłosiłem kapitulację.

Kapitulację, która - rzecz jasna - niczego nie zmieniła poza moim przekonaniem, że przez najbliższe kilkanaście lat poobiednia drzemka będzie albo zwyczajem Ojca, albo luksusem Taty. I myślę sobie - luksus w istocie jest dodatkiem, czymś zbędnym na co dzień, bonusem do czegoś, co jest spełnione.

A-gi?*

* w języku weronikowym: Nieprawdaż?