środa, 23 stycznia 2008

Album na skarpety

Pisałem, że czas ucieka, a bobas rośnie. Żona zaradziła i nabyliśmy album dziecinny. Wczoraj wieczorem wybieraliśmy, co wpiszemy i co wkleimy. Trochę tych pamiątek jest: rachunek z restauracji, gdzie jedliśmy kolację przed porodem, karteczka, na której skrzętnie notowałem czas skurczów, opaski szpitalne z rączki Małej, wycinek z gazety...
- O, kurczę! Dziurę mam w skarpecie! A ja w tych skarpetach rodziłam! - zabrzmiało dziś wieczorem dramatyczne wyznanie Żony.
- Chcesz je wkleić do albumu?

Wydaje się, że poród przeżywaliśmy z rok temu, a to nawet nie trzy miesiące. Już zapomniałem, że oprócz koszuli szpitalnej miała Żona skarpety w paski. To nie są już zwykłe skarpety. To skarpety porodowe. Przeszły z nami drogę do nowego życia i się przetarły.

Każdy by się przetarł. Ale było warto.

środa, 16 stycznia 2008

Przyjemne z pożytecznym

Wczoraj postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym. Zaproponowałem Żonie, żeby poszła sobie odpocząć na zakupy, a ja na ten czas obejmę pieczę rodzicielską - to część pożyteczna. Połączoną przyjemnością miała być poobiednia drzemka, która należała mi się jak jaja w pegeerze.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Wyprawiłem Żonę z portfelem pełnym niespodzianek, upewniłem się, że Weronika leży bezpiecznie na miejscu i sam przystąpiłem do drzemki. Już po chwili obudziło mnie znane kwilenie. Przeniosłem więc Małą na miejsce drzemki, żeby mieć na nią oko. Po dziesiątym wykonaniu sekwencji czynności: wyjęcie łapek z paszczy, włożenie smoczka, głaskanie główki, szukanie wyplutego smoczka, wyjęcie łapek z paszczy... ogłosiłem kapitulację.

Kapitulację, która - rzecz jasna - niczego nie zmieniła poza moim przekonaniem, że przez najbliższe kilkanaście lat poobiednia drzemka będzie albo zwyczajem Ojca, albo luksusem Taty. I myślę sobie - luksus w istocie jest dodatkiem, czymś zbędnym na co dzień, bonusem do czegoś, co jest spełnione.

A-gi?*

* w języku weronikowym: Nieprawdaż?

poniedziałek, 14 stycznia 2008

Uchwyć moment

Od wielu lat robię zdjęcia i wiem, że pewnych rzeczy uchwycić się nie da. Cóż dopiero, gdy obiekt porusza się błyskawicznie, choć jeszcze nawet nie posiadł zdolności pełzania!
Ten Obiekt Jeszcze Nie Pełzający to moja córka - Weronika. Imię nieprzypadkowe - patronka fotografów.

Ma dwa miesiące. Jako jej rodzony tata mam niby te same dwa miesiące na koncie, ale one mi już zdążyły uciec. Przeciekły mi między palcami, choć wydaje się, że w palcach trzymałem wciąż tę samą pięciopalczastą, pękatą, gładką stópkę. Ta stopa już swoje przeszła.
Czy to zawsze będzie tak, że ona będzie starsza niż ostatnie zdjęcie w najbardziej aktualnym albumie?