sobota, 21 grudnia 2013

Powrót do przyszłości

Jak prawdziwy liberał pomyślał niegdyś Tata - nie będąc jeszcze tatą - "Chciałbym żyć w kraju, w którym nikt nie musi mnie wspierać."



Był rok może jakiś 2002. Wszystko wydawało się proste, a życie w wolnym kraju z dyplomem magistra wydawało się obiecujące jak program Pierwsza Praca. Wydawało się, więc się wydawało. Na prawo, na lewo i centralnie na tzw. "koszty życia".
Był to też czas wyboru OFE, dyskusji o płatnej edukacji, co liberalny umysł naprowadzało na niewygodną myśl, że ciepła czapeczka kosztów życia przypomina jednak bardziej sombrero.

Sombrero jednak wciąż nie kończyło się dalej niż nos świadomego liberała. Przecież wszystko można wyliczyć, na wszystko się przygotować, a od biedy ubezpieczyć.
A jednak pierwszy lepszy wypadek, własny czy bliskiej osoby, psuję tę krągłą wizję. Co będzie, jeśli nie nazbieram? Co, jeśli koszty leczenia przerosną możliwości mojej świnki skarbonki, polisy czy czego tam jeszcze z tych wynalazków, które miałem w planach?

Porzuciłem szybko ponurą wizję rencisty, a liberalizm przyblakł nieco i z wyrazistej czerwieni zmienił się w gaciowy róż - z dużym znakiem zapytania. Odpowiedź przyniosło samo życie. No, życie. Dosłownie. Nowe życie, które (jest rok 2013) ma 6 lat i robi takie zarąbiste infografiki:


Więc, wracając do tematu kapitału, sytuacja na osi czasu przedstawia się o wiele bardziej kolorowo. Załóżmy dla uproszczenia, że nie przydarzył mi się wypadek... Za to mam córę, która w 2030 r. pójdzie do pracy (choć rząd z 2013 r. bardzo chciał, żeby poszła w 2029 r., co jak się okaże za chwilę, nie ma większego wpływu na jej sombrero).


Choć pod koszty mojego życia, pod sombrero dzielone do tej pory jedynie z Żoną, wdarła się bez pardonu ta nowa forma życia, czek bez pokrycia w pieluchach, manko w sejfie z ciszą i świętym spokojem, to wiem, że nie zginę. Skupiając się tym razem na przyziemnych sprawach pozwolę sobie zauważyć, że nasze kapelusze na osi czasu pokrywają się wzajemnie. Wydaje się, że to ta podstawowa solidarność pokoleń, która realizuje się zupełnie naturalnie w rodzinie, a mniej naturalnie (poprzez urzędy skarbowe, ZUSy, OPSy i inne urzędy) w społeczeństwie demokratycznym od XX wieku. Rodzina ma jednak trochę dłuższą historię.

A jak już jesteśmy przy historii...


Gdy dowiadujemy się, że mamy dziecko, nagle dociera do nas, że mamy (lub mieliśmy) również rodziców. Że koszty naszego życia dziecięcego, to materialnie rzecz ujmując, niespłacony kredyt wobec rodziców, dziadków, pradziadków itd. I nie chodzi tylko o zakup pieluch (bo nie było) czy ochronę przed śmiercią głodową, ale o trawnik (ktoś go zaplanował i posiał), asfalt na drodze do domu, budynek szkoły, przetrwanie poezji Tuwima, pszenżyto, konika polskiego, ustrój polityczny, oberka, zapałki z Sianowa, tramwaje z Bydgoszczy i monokryształy krzemu.

Oddawszy hołd przodkom, wracamy do tu i teraz. Lekko nie jest. Bo to nie grudzień 2045 r., kiedy to przejdę na emeryturę. Tylko 32 lata wcześniej.

Więc jak jest teraz i tutaj? Małżeństwo z jednym dzieckiem ok. 2010 r. wydaje zwykle tyle, ile zarobi. Gdyby traktować te rodziny jako układ zamknięty, to pewnie dawno by wymarł wskutek niezapowiedzianych podwyżek, nieprzewidzianych wydatków, klęsk podatkowych itp. Szczęśliwie sombrero rodziców (już dziadków) bardzo często ratuje sytuację.

Zakładając jednak, że wynagrodzenie dojrzałego człowieka rośnie, a co niektórzy awansują nawet na Senior Executive Pompona, to po pewnym czasie będzie z czego odłożyć. Dla uproszczenia zsumujmy na osi czasu sombrera własne i dziecka.

Rodzinne nakrycie głowy może i wygląda pokracznie, ale chroni i dziób i potylicę, a także ma wyraźną nadwyżkę pracy - pompon. To pompon sprawia, że ludzie i kraj stają się bogatsi. Ale czym się różni w efekcie końcowym sombrero duplo od dwóch sombrero solo? Na wykresie niczym, w rzeczywistości - relacją. Jeśli jest bliska, zabezpieczenie na starość jest pewniejsze i bardziej ekonomiczne dla społeczeństwa.

Co się dzieje, gdy rodzicielstwo tak nam się spodoba, że ciężko się zatrzymać?


Wykres życia wygląda okazale. W 2050 r. z pompona zrobił się komin. Jest więcej ludzi pracujących na rzecz tych, którzy nie mogą już pracować.
Tyle że w latach 2013-2030 rodziny te muszą żyć na kredyt (patrz jasnozielona plama). Czyj kredyt? Wydaje się oczywiste, że sprawiedliwie by było pożyczyć od tych, którzy skorzystają z efektu komina w latach 2040-2060, będąc wtedy na emeryturze pochodzącej z pracy dzisiejszych dzieci.

Do radia się dodzwonił pan i mówi: "Nie sądzę, żeby zniżka na kolej zachęciła kogoś do tego, żeby mieć trzecie dziecko".

Żona wróciła właśnie z Ł. ze szpitala w Białymstoku. Poszło z 200 zł na dojazd i wizytę. Od nowego roku pan z radia, który pewnie w 2050 r. będzie na emeryturze, dorzuci nam się do biletu.

Podobnie jak do zdrowia naszych dzieci dorzucają się inni podatnicy. Jak można odczytać w rejestrach, wrodzone choroby Ł. i A. kosztowały NFZ ponad 20 tys. zł za wizyty i zabiegi u samych tylko specjalistów. (Dlaczego dzieci są coraz częściej chorowite, to temat na inną okazję.)

Ze świadomością komina w 2050 r. skorzystam z każdego "wsparcia", z każdej "pomocy". Bez awantury, wyrzutów sumienia. Rodzice mają pełne prawo do tego, żeby nie mieć siły/kasy/cierpliwości. Dlatego otworzę tę koka kolę i każdy inny dopalacz, żeby się cieszyć tak bardzo, jak bardzo tego chcę.


Dzisiejszy odcinek wspiera literka C, jak Coca Cola. (uwaga, wpis zawiera lokowanie produktu)

PS. Ciekaw jestem, co u licha piją Węgrzy???

sobota, 7 grudnia 2013

Gender w kapciach

- Czemu dla chłopców są tylko czarne albo granatowe kalesony?? - zapytała właśnie M. znad laptopa.
To pytanie wraca co jakiś czas, choć wydawało się, że przy trzecim dziecku już niewiele rzeczy powinno nas dziwić.
Bo najwięcej musieliśmy przemyśleć przy pierworodnej - Weronice. Od początku nalegałem, żeby nie zaróżowić jej życia od kołyski. Daremne jednak były starania - różowe długo rządziło i bywało nawet powodem walki z Ł.


Robiliśmy sporo, żeby nie opakować dziewczynki w róż, a chłopczyka w granat. Ale na tym nasz świadomy wpływ się chyba kończył. Zwłaszcza ja pogodzić się musiałem z dwoma faktami. Pierwszy to ten, że dziewczynka ma w naturze swojej coś, o czym mi się nie śniło - pełną kobiecość, choć w formacie mini. Niby znane to ukochane hormonalne tornado w wykonaniu M., ale że w kingsajzie? Drugi to ten, że obcując z innymi dziećmi (i dorosłymi - nie ukrywajmy) podlegają wpływom - kulturze.


Naturalnie, to Weronika pięć lat temu, mając rok, wdzięczyła się do siebie stojąc przed wielkim lustrem. Nigdy nie zapomnę tego zachwytu, z jakim patrzyła na swój strój. Nie zawsze to była sukienka, ale właśnie ona robiła na niej największe wrażenie. Nie mogła tego podpatrzyć u M., bo rzadko ją widziała w takim stroju i nastroju. Wtedy dotarło do mnie, że małe dziewczynki są inne - z natury. Próbowałem więc za nimi nadążać tak, jak umiałem.


Dziś Antek (dwulatek) też potrafi chwalić się koszulą, która mu się podoba. Ale on się chwali, nie podziwia się w lustrze. Kontempluje zwykle swoją moc, sprawczość, a nie piękno. I znów wydaje mi się (bo pewności naukowej nie mam), że taką ma Antoś naturę. Że szybciej chwyci miecz niż kredkę.


Jak ma się do tego kultura? Czego uczymy dzieci swoją postawą? Czego uczą w nie-dżen-de-ro-wym przedszkolu? Można by strony całe zapisać na temat segregacji płciowej w przedszkolach. Więc skrótowo kilka case'ów:
- całowanie w rękę dziewczynki przez chłopca, gdy temu pani każe ją przeprosić,
- dziewczynki mają swoje specjalne klocki (nie puzzle!), którymi nie wolno się bawić chłopcom,
- "chłopaki nie płaczą" itd. itp.

Wiemy o tym z "przecieków", strzępów rozmów, relacji z zabaw. W zestawieniu z awanturą o udawanie porodu przez W. jest to wszystko nawet dość zabawne. Ale zanim wyśmieję przedszkolanki...
Uczciwie powiem, że coś mi nie grało w poniższym obrazku, gdy pierwszy raz go zobaczyłem.


Wychowano nas jako chłopców, którym nie dawano lali do zabawy. Z tego prostego powodu, że w tamtych czasach facet nie był włączany w opiekę nad dziećmi. Antek śpi z lalą, bawi się nią i chyba jest to spójne z tym, co widzi w zachowaniu swojego taty. Ale czy on ma naturę opiekuńczą, czy mnie naśladuje "kulturowo", to nie mam pojęcia :) Dość, że obaj jesteśmy w swoim towarzystwie szczęśliwi (tudzież naturalnie "produkujemy oksytocynę").


Jedno jest pewne w kwestii ról płci - że prawie nic już nie jest pewne. Kultura na naszych oczach się zmienia, dając wolność, która jest szalenie pociągająca i szalenie wymagająca.



Trzy kroki w tył. Właśnie zatopiłem się (i Cię) w gender studies, ha. I to będąc świadomym chrześcijaninem. Nie po to, żeby coś komuś udowadniać, tylko z tego prostego powodu, że gender zaprząta mój umysł każdego dnia. Tyle że to nie ideologia, a zwykłe gender w kapciach.

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki X i Y oraz gościnnie Sigma i Pi.

poniedziałek, 9 września 2013

Potrzeba matką?

Potrzeba ojcem! Przynajmniej tak wynika z podwórkowo-domowych obserwacji Taty.

Łucja i Weronika coraz częściej same wychodzą na podwórko, coraz częściej ich relacje z rówieśnikami są poza zasięgiem wzroku Mamy i Taty. Podobno puszczanie dziecka do 7. roku życia samopas, bez opieki, to wykroczenie i grozi nam grzywna.

Art. 106. Kodeksu wykroczeń
Kto, mając obowiązek opieki lub nadzoru nad małoletnim do lat 7 albo nad inną osobą niezdolną rozpoznać lub obronić się przed niebezpieczeństwem, dopuszcza do jej przebywania w okolicznościach niebezpiecznych dla zdrowia człowieka, podlega karze grzywny albo karze nagany.
Ale co zrobić, gdy w piękną pogodę te dwie chcą hasać, a Antek w domu drzemie pod opieką samotnego dorosłego? Nie daj Boże pobiegniesz za jedną z nich na Kaczy Dołek, a prokurator będzie musiał się rozdwoić do pozostałych, żeby wymierzyć Ci obiecaną w paragrafach karę. Owszem, stąpamy po kruchym lodzie.

Nie o tym jednak chciałem. Tylko o relacjach i popkulturze. Weronika dostała karty od kolegi z podwórka. Takie kolekcjonerskie. Rzut oka rodzica na pudełeczko, które było częścią prezentu, i zjeżył się włos, po czym szybko osiwiał. Jakaś potworna babodrakula patrzy z okładki, a i tytuł "Black Planeswalkers" nie wróży nic dobrego.

Co robić? Co robić?! Na okładce jak wół znaczek 13+ ("więc co do cholery myślą sobie rodzice Sz.!"), ale że M. jest świeżo po szkoleniu, ćwiczymy do upadłego NVC, lecimy z koksem:
- Nie, nie chcę żeby takie karty były w naszym domu.
- Nie podoba mi się to. Martwię się, że będą Ci się śniły koszmary.
- Podobają Ci się te karty? OK, możesz zbierać te z krajobrazami, ale nie chcę w domu żadnych potworów.
Wypowiedzi Weroniki nie zamieszczam. Po stopniowaniu widać chyba, że nie przyjęła naszej potrzeby z radością. A jak my przyjęliśmy jej potrzebę? ("czego potrzebę do cholery?") Nasi znajomi znają nasze ortodoksyjne podejście do monsterhajów, więc jednym słowem, cytując klasykę gatunku - po naszym trupie.

Ale hola, hola, NVC, empatia, potrzeby...

- Wercia, ja Ci zrobię lepsze karty - obiecał Tata i tym samym pozbawił czytelników lektury niniejszego bloga na najbliższy tydzień.

(De)Motywator i początki...
Hmm, potrzeba rano świeżego oka...


Dzisiejszy odcinek sponsoruje literka W, jak warsztat, wena i wsparcie.